Moja strona internetowa jest w przebudowie. Dlatego nie ma w niej wszystkich opisów moich podróży oraz większości fotogalerii, które będą sukcesywnie uzupełniane.
Jestem podróżnikiem i dziennikarzem. Nazywam się Kazimierz Kasprzak. Od lutego 2007 r. stałem się pierwszym mieszkańcem Lubelszczyzny, którego stopy stanęły na wszystkich kontynentach, a także znalazłem się we wszystkich strefach klimatycznych.

We wspomnianym czasie znalazłem się na Antarktydzie, na której spędziłem 10 dni. Na przełomie września i października 2009 r. okrążyłem kulę ziemską, pokonując ponad 31 tys. km. Dotychczas odwiedziłem około 100 krajów.
Na tej stronie można znaleźć zdjęcia z różnych zakątków świata, a także część opisów moich podróży. Szczególnie mile wspominam pobyt z lubelskimi polarnikami na Spitsbergenie.
Jestem emerytowanym dziennikarzem, mam 70 lat. Całe swoje życie zawodowe przepracowałem w jednej redakcji. Najpierw był to „Sztandar Ludu”, później „Dziennik Lubelski”, a ostatnio „Dziennik Wschodni”. Były to praktycznie te same redakcje, zmieniały się tylko tytuły. W tym okresie „przeżyłem” 15 redaktorów naczelnych. Moja pasja związana jest w dużym stopniu z wykonywanym zawodem (z wykształcenia jestem technologiem przemysłu spożywczego). Swego czasu interesowałem się przede wszystkim życiem Polaków poza rodzinnym krajem. Gościłem u rodaków w Kanadzie (dwukrotnie przez półtora roku), USA, Brazylii, Australii, Kazachstanie, na Syberii. Spotkałem wiele bardzo interesujących osób, m.in. w stolicy Australii – Canberze Andrzeja Kleeberga (prezesa Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Australii), syna gen. bryg. Juliusza Kleeberga (brata Franciszka). Niestety, przeprowadzona z nim rozmowa ze względów politycznych nigdy się nie ukazała. Znajduje się jednak w moim archiwum.

Mało brakowało, abym w 1999 roku trafił do aresztu w Pekinie, gdy na Placu Niebiańskiego Spokoju, obok Pałacu Cesarskiego robiłem zdjęcia skoku do fosy z wodą jednego z wielu członków powstałej wcześniej sekty Hula Gong, co było kategorycznie zakazane. Moja półtora godzinna rozmowa z chińskim policjantem zakończyła się sukcesem. Zdjęcia te 31 grudnia 1999 r. ukazały się na łamach „Dziennika Lubelskiego”. Miłe wspomnienia mam po pobycie na Hawajach. Na długo w pamięci pozostanie mi także trzytygodniowa wyprawa na Spitsbergen, razem z polarnikami Uniwersytetu Marii Curii-Skłodowskiej. Doszło do niej na przełomie czerwca i lipca 2006 r. Nieoczekiwana zmiana biegu wydarzeń w ostatniej chwili sprawiła, że eskapada ta stała się życiową wyprawą. Zapewne długo będę pamiętał wizyty w czterech z sześciu istniejących na archipelagu Svalbard polskich stacji badawczych, a nie jest to sprawą prostą. Dotrzeć do nich można tylko drogą wodną, korzystając z jachtu lub statku albo śmigłowca. Nie można zapomnieć także o tym, iż dzielą je dość duże odległości. To decyduje o małej liczbie wizyt składanych przez wytrwałych polarników, nie mówiąc już o turystach. Swego rodzaju podsumowaniem moich wojaży była wyprawa na Antarktydę, do której doszło w dniach od 3 do 12 lutego 2007 r. Bezlitosna natura tego kontynentu i bardzo wysokie koszty ekspedycji, mają dodatkowy wydźwięk w tym przypadku.

Dużym wyzwaniem była także wyprawa dookoła kuli ziemskiej (miała ona miejsce na przełomie września i października 2009 r.). Prowadziła z Frankfurtu nad Menem przez Kanadę (Vancouver) Alaskę, Morze Beringa, Pacyfik, po północnej stronie Rosji (obok Kamczatki), Sapporo (Japonia), Władywostok (Rosja), Koreę Południową, Chiny. Meta znajdowała się w tym samym miejscu co start. Łącznie długość ekspedycji trwającej ponad miesiąc wynosiła 32 tys. km.
Feralnego dnia (10 kwietnia 2010 r.) Kazimierz Kasprzak znalazł się na cmentarzu w Katyniu. Zapis reporterski tego dnia można obejrzeć na wystawie fotograficznej „Lubelszczyzna w Katyń wpisana”.
We wrześniu 2010 r. przebywałem w Skandynawii. Odwiedziłem trzy kraje: Norwegię, Finlandię i Szwecję. Natomiast we wrześniu 2011 r. miałem okazję uczestniczyć w wyprawie dookoła USA. W ciągu 32 dni pokonałem 16 tys. km i miał okazję poznać 24 stany. Odwiedziłem m.in. po 4 miejsca związane z Janem Pawłem II i Tadeuszem Kościuszką.

Bardzo często osoby, z którymi się spotykam na wystawach fotograficznych (zdjęcia, to druga moja pasja) zadają mi pytanie „co mnie goni na koniec świata”? Najczęściej odpowiadam, że decydują o tym 3 czynniki (nie są to jednak moje oryginalne złote myśli).
Po pierwsze: podróże mam w duszy i w sercu. W tym zdaniu zmieniłem jeden wyraz – pierwszy. Otóż 39-letnia Amerykanka, irańskiego pochodzenia – Ansari, która w 2006 roku jako pierwsza turystka przez 10 dni przebywała na orbicie okołoziemskiej stwierdziła, że "Kosmos ma w duszy i w sercu". Jedyne co nas łączy - jeśli tak można powiedzieć - to ja na Antarktydzie przebywałem także 10 dni.
Po drugie. Leonid Teliga, który jako pierwszy Polak w latach 1967-1969 opłynął jachtem „Opty” kulę ziemską w liście napisanym do przyjaciela w październiku 1945 roku stwierdził, cytuję: „Czy widzisz do czego zmierzam? Nie? Po prostu do tego, że największym skarbem w życiu jest konsekwencja w drobnych wypadkach życia codziennego...”. Ja mam tę samą filozofię życiową.
I po trzecie. Podczas powitania 110 turystów z różnych krajów na statku „Lyubov Orlova”, pływającym pod banderą maltańską (wcześniej należał on do Związku Radzieckiego), jeden z głównych jego wodzirejów Kanadyjczyk Shane Evoy (nota bene naukowiec) powiedział do gości. Zapewne dla większości turystów znajdujących się na tym statku sama podróż na Antarktydę, to „Honor i przyjemność”. W moim przypadku nic ująć, nic dodać. Tym bardziej, że Antarktyda, to jedyny kontynent, gdzie warunki dyktuje tylko przyroda. Rasowy włóczęga może je pokornie zaakceptować albo ... zrezygnować z wyprawy.